14 maja 2013

8. Ja jestem inny.



Przez granicę między snem a rzeczywistością przebijał się uporczywie wrzask telefonu, który leżąc gdzieś pod łóżkiem wcale nie miał zamiaru ucichnąć. Czarnowłosy spał tak mocno, że zerwany z głębokiego snu potrzebował jeszcze krótkiej chwili aby dotarło do niego co się dzieje. Od niechcenia wysunął jedną rękę spod kołdry i nie otwierając nawet oczu, zwiesił ją w dół poczynając szukać po podłodze wciąż wyjącego telefonu. Gdy w końcu pochwycił go w dłoń i spojrzał na wyświetlacz, dostrzegł już tylko jak ten się powoli wygasza, a śmieszny rysunkowy budzik podryguje jeszcze lekko w dźwięk irytującej melodii. Przynajmniej on zdawał się być tego dnia w świetnym humorze. Ciężkie krople deszczu odbijały się z hukiem od parapetu, a w pokoju mimo nie zaciągniętych rolet i tak panował półmrok. Nawet bez spoglądania za okno łatwo było domyślić się pogody. Jakby nie wystarczającym było, że był poniedziałek.
Przeciągnął się leniwie, upuszczając telefon, który ponownie wylądował na podłodze. Zza zamkniętego okna jego uszu dobiegł cichy grzmot, który złowrogo odradzał wyściubianie nawet nosa spod ciepłej kołdry, nie mówiąc już o wychodzeniu z domu. Bill zaczął się zastanawiać jakiej wymówki mógłby użyć aby móc ten piękny poniedziałkowy ranek odespać do końca, a i resztę dnia spędzić w ciepłym dresie pod kołdrą, najlepiej z laptopem na kolanach i kubkiem kawy na parapecie tuż obok. Jednak jak znał swoją matkę – a znał ją bardzo dobrze – wiedział, że z pewnością skutecznie wybiłaby mu z głowy taki dzień wolnego, argumentując się tym, że przecież nie może odpuszczać teraz, w nowej szkole, ot tak, bo mu się zwyczajnie nie chce. On sam także był bardzo obowiązkowy, choć zdarzało się, że ta leniwa strona brała górę i pewnie także tym razem by się jej to udało, gdyby ktoś właśnie nie wparował do pokoju, bezczelnie świecąc górne światło. Czarnowłosy od razu zmrużył powieki i wetknął znów nos pod kołdrę.
- Ty jeszcze w łóżku? – usłyszał głos rodzicielki – Okropnie pada deszcz więc zbieraj się, podwiozę cię do szkoły po drodze do pracy. Ale masz pół godziny. – powiedziała tylko, po czym wyszła, tak po prostu zostawiając za sobą otwarte drzwi i wciąż bezczelnie palące się światło.

Całkiem na miejscu było zastanawiać się jakim cudem udało mu się w pół godziny zebrać do szkoły, ubrać, nawet pomalować tak jak zwykle. Nie mogąc wyjść z podziwu dla samego siebie, siedział w aucie ze wzrokiem wbitym w ociekające wodą ulice. Przechodni było niewielu, a ci którzy już odważyli się w tak piękny dzień wychodzić z domu, osłaniali się jak tylko mogli parasolami, kapturami płaszczy i czym tylko mogli od wdzierających się wszędzie lodowatych kropel. Jesień rozpoczęła się pełną parą, a te delikatne deszczyki ostatnich dni mogły się schować ze wstydu przy burzach jakie teraz na okrągło zapowiadali w prognozach pogody. Cichy głos spikerki radiowej płynął powoli z głośnika, wcale nie zanosiło się już na choćby odrobinę słońca. „To dobrze”, pomyślał. Zawsze lubił pogodę odpowiadającą nastrojowi. Tego dnia była prawie idealna.
Gdy wysiadł przed budynkiem liceum, nie ociągając się za bardzo wmieszał się w tłum nadciągający z każdej strony. Deszcz zdawał się nie robić na nikim wrażenia. Nikt chyba nie snuł tak niecnych planów jak on tego ranka.
Kiedy przekroczył próg szkoły od razu dobiegł go gwar i przyjemne ciepło. Jego ciało jeszcze raz przeszedł lekki dreszcz, zdążył zmarznąć przez te kilka chwil na zewnątrz. Wytarł dokładnie buty na wielkiej zielonej wycieraczce przy drzwiach i zdjął płaszcz, niezmiennie jednak biorąc go do ręki i udając się wraz z nim na górę. Jeszcze ani razu nie zdarzyło mu się zawitać do szatni i wcale się tam nie wybierał.
Docierając pod swoją klasę, od razu odruchowo rozejrzał się za blond dredami, których jednak nie udało mu się nigdzie wyłapać wzrokiem. Zaczął zastanawiać się czy Kaulitz nie odpuści sobie szkoły tego dnia i czy przypadkiem te kilka godzin jakie spędził z nim nad książkami w zeszłą sobotę nie pójdzie na marne. W takim przypadku mógłby śmiało go zabić, w końcu zmarnował z nim tyle czasu – tyle swojego cennego czasu, jaki mógłby przeznaczyć chociażby na sen. Westchnął cicho. W tamtym momencie bardzo chętnie by się przespał.
- Okropnie wyglądasz. – usłyszał za plecami znajomy głos, aby po chwili ujrzeć przed sobą równie znajomą twarz, do której owy głos należał.
Rudowłosa dziewczyna uśmiechnęła się do niego szeroko. Aż dziw, że bijący od niej zawsze optymizm nie zaczął go jeszcze irytować.
- Dzięki, Spencer. Ty zawsze wiesz jak powiedzieć coś miłego na początek dnia. – odparł, wcale nie siląc się nawet na jakąś małą część takiego entuzjazmu jakim obdarowywała go dziewczyna.
- Nie wyspałeś się. – stwierdziła.
- Ja się nigdy nie wysypiam. – usiadł na ławce, przesuwając jeszcze raz mętnym wzrokiem po korytarzu, coraz to bardziej wypełniającym się ludźmi.
- Nie przesadzaj, trzeba było mniej imprezować w weekend. – zaśmiała się, siadając tuż obok niego.
Bill tylko posłał jej wymowne spojrzenie, mające przekazać, że ten żart był mało śmieszny, a tragiczny raczej. Z perspektywy poniedziałku, smutnym dla niego był fakt, że sobotę spędził na nauce z Tomem, a niedzielę na tym co wychodziło mu najlepiej – nie robieniu zupełnie niczego z kimś, z kim spędzał najwięcej wolnego czasu – z samym sobą. Czy mógł jeszcze bardziej odczuć jak żałosne jest jego życie niż w tamtym momencie? Z pewnością mógł i nie jeden jeszcze raz to odczuje. Czy przeszkadzało mu to? W żadnym wypadku.
Dzwonek szybko zmiótł wszystkich z korytarza. Gdy każdy zajął swoje miejsce w odpowiedniej klasie, w jego nawet pojawił się Tom. Jednak nie zdezerterował i miał zamiar stawić czoła biologii. Przechodząc, już ładnych kilka minut spóźniony, do swojej ławki, posłał Czarnowłosemu lekki uśmiech mający być zapewne jakimś odpowiednikiem powitania, którego nie wycedził do żadnego znajomego w klasie. Bill odpowiedział mu tym samym. Zadziwiająco łatwo poszło mu wygięcie ust w tym w ogóle niepodobnym do niego grymasie, zwłaszcza w tak szary i dobijający dzień. To chyba od osoby, do której posłał ten drobny gest zależało jak będzie on wyglądał. A choć wyglądał blado, był szczery i zawierał w sobie odrobinę ciepła.

Po godzinie trzynastej, kilku okropnie nudnych lekcjach wśród których znalazło się dwie godziny znienawidzonej przez Czarnowłosego matematyki, czuł, że jeszcze chwila i oszaleje. Na zmianę przysypiał i irytował się bez powodu. Nawet, pełna jak zawsze dobrych chęci Spencer, w końcu dała spokój i postanowiła odpuścić sobie zagadywanie Billa na jakiekolwiek tematy. Tego dnia był przybity bardziej niż zwykle, jednak tak samo jak za każdym razem nie był nawet pewien co powoduje u niego takie samopoczucie. Nie wydarzyło się nic złego, nawet nic nowego. Być może właśnie to ta monotonia przewodziła wszystkiemu. Choć tak krótko tu był, ona już zdążyła się zadomowić. Była znacznie szybsza niż on.
Ostatnia godzina ciągnęła się w nieskończoność. Zajmując miejsce w ostatniej ławce przy oknie, w końcu przestał zwracać jakąkolwiek uwagę na to co działo się w klasie. Jego myśli zaczęły krążyć wokół zupełnie nieistotnych tematów, podczas kiedy wzrok sunął za kolejnymi kroplami deszczu spływającymi po szybie. Prawie nic nie było przez nie widać. Deszcz nie ustępował ani na chwilę, a słońce wydawało się już na dobre pożegnać z mieszkańcami tego brudnego miasta. Nigdy nie wydawało mu się, że to jego perspektywa tak strasznie psuje otaczającą go rzeczywistość. Czuł, że to raczej rzeczywistość psuje mu perspektywę z jaką ją odbierał. Pesymista, realista… Już dawno pogubił się w określeniach. Przestał nazywać siebie kimkolwiek, nie umiejąc ubrać w żadne znane mu słowa swoich uczuć, szarej, wręcz blado przezroczystej rzeczywistości. Nie umiał zamknąć tego w żadne klamry.
Westchnął, odwracając w końcu wzrok od szyby i przesuwając nim po ospałej klasie. Nie było w niej tylko Toma, który zerwał się z nudnego wykładu historyka na temat architektury średniowiecza i poszedł przeszkadzać nauczycielce biologii. Czarnowłosy zaczął zastanawiać się jak mu idzie, czy już napisał test, czy dobrze mu poszło. Przecież szkoda byłoby zmarnować te kilka godzin. Oczywiście, odejmując od nich czas, w którym rozmowa schodziła na mało istotne tematy, nie mające żadnego związku z biologią lub czas, w którym nie robili zupełnie nic, momentami zwyczajnie milcząc i gapiąc się w sufit ze zmęczeniem, jak choćby wtedy gdy leżeli razem na łóżku. Czarnego dziwiło to jak swobodnie się przy nim czuł, chwilami zupełnie tak jakby znali się kilka lat, a nie spotkali po raz pierwszy kilka dni wcześniej. Tom w jego oczach był otwartą, ciekawa i bardzo przyjemną osobą. O ile w ogóle można człowieka określić mianem przyjemnego. Jeśli tak, to Dredziarz z pewnością taki był. Przyjemnie się z nim spędzało czas, rozmawiało, był także przyjemny dla oka i z pewnością przyjemny w dotyku, czego Billowi nie udało się zbadać i bynajmniej wcale nie planował tego robić. Wyciągał jedynie luźne spostrzeżenia, nie do końca wiedząc skąd się biorące.
Nim zdążył zorientować się, że blondyn zupełnie zaburza natłok jego czarnych myśli swoja osobą, dzwonek zbudził go jakby z letargu. Nie miał pojęcia co działo się wokół niego przez ostatnie kilkanaście minut. Pozbierał szybko książki, których i tak nie użył na lekcji i upychając wszystko do torby, opuścił klasę. Przez myśl przeszło mu pytanie, jak wróci do domu? Z pewnością tak jak zwykle, spacerem lub komunikacją miejską. Pytanie bardziej odnosiło się do tego w jakim stanie wróci. Przeziębienie i kilkudniowe wolne było na wyciągnięcie ręki.
Korytarz w przeciągu ledwie kilku minut opustoszał prawie całkowicie. Kto miał udać się do domu już dawno zniknął ze szkoły, a dzwonek zapędził na lekcje resztę nielicznych już klas jakie wciąż miały zajęcia. Szedł powoli wzdłuż korytarza, skupiając całą uwagę na słuchawkach jakie przed chwilą wyjął z kieszeni. Z ledwością powstrzymywał się od przekleństw jakie cisnęły mu się na usta gdy siłował się z nimi, szczupłymi palcami starając się je rozplątać. Był zmęczony. Wszystko irytowało go zbyt szybko więc nim się zdążył powstrzymać szarpnął mocno dłonią i zwyczajnie urwał je. Nie wiedział już czy bardziej był zły dlatego, że je popsuł, czy może dlatego, że powrót do domu zapowiadał się na bardzo cichy. Zgniótł je w dłoni, po czym cisnął nimi o podłogę i poszedł dalej, kierując swoje kroki do wyjścia.
Jakkolwiek bardzo by nie chciał opuścić budynku szkoły, wrócić do domu i zaszyć się w swoim pokoju, nie było mu to tak szybko dane. Nim zdążył choćby opuścić pierwsze piętro, usłyszał za sobą kroki niosąc się echem po pustym korytarzu. Z początku nie zwrócił na nie większej wagi, przekonany, że ktoś biegnie spóźniony na lekcje. Dopiero, gdy kroki zbliżały się do niego, a do jego uszu dobiegł charakterystyczny odgłos nieco powłóczących się stóp i luźnego materiału ocierającego się o siebie, odwrócił głowę i tak jak się domyślił zobaczył Toma. Zatrzymał się, gdyż ten ewidentnie szedł do niego.
Popatrzyli na siebie, z początku nic nie mówiąc. Tom lekko się uśmiechał. W końcu wyciągnął rękę w stronę Czarnowłosego, a gdy ten spojrzał na nią, dostrzegł, że Dredziarz trzyma w niej słuchawki, które on dosłownie chwilę wcześniej wyrzucił.
- Zgubiłeś. – odezwał się w końcu.
Bill sięgnął po nie, jednak ku zdziwieniu blondyna przestąpił kilka kroków na bok i wrzucił słuchawki do kosza na śmieci stojącego pod ścianą.
- Rozwaliłem je. – odparł, kładąc swoją torbę na ławce tuż obok i zaczynając wkładać na siebie płaszcz, który dotąd miał przewieszony na przedramieniu.
Tom patrzył na niego przez kolejny moment, jakby nie wiedząc co mógłby powiedzieć, jednocześnie bardzo chcąc powiedzieć cokolwiek.
- Całkiem nieźle mi poszło. – odezwał się w końcu.
Bill zerknął na niego przelotnie, dłońmi wysuwając włosy spod płaszcza. Dopiero po krótkiej chwili zorientował się o czym ten mówi. Uśmiechnął się blado.
- To dobrze. – powiedział, zaczynając zapinać guziki.
Znów na moment zapadła cisza. Dredziarz w środku zaczynał zastanawiać się gdzie podział się Bill, z którym w sobotę tak dobrze mu się rozmawiało. Wydawało mu się, że coś jest nie tak i choć Bill zawsze był bardzo nietypową osobą o równie nietypowym usposobieniu, tym razem wydawał się być taki bardziej niż zwykle. Tom nie wiedział jednak, że wszystko było zupełnie w porządku, tak jak zawsze. Może tylko był bardziej blady i oczy miał nieco bardziej podkrążone.
- Okropnie wyglądasz. – zauważył, na co Czarnowłosy zaprzestał żwawego poprawiania płaszcza i na moment zastygł w bezruchu, spoglądając na niego. Od razu przypomniał mu się niewybredny komplement Spencer sprzed kilku godzin i zaczął podejrzewać, że wychodzenie tego dnia z domu było naprawdę złym pomysłem.
- Dziękuję. Tyle miłych słów jednego dnia... – odparł, w końcu racząc swojego towarzysza odpowiedzią dłuższą aniżeli dwa słowa na odczepne. Mimo wszystko, jednak nie bił z niego entuzjazm.
Tom uniósł na moment jedną brew. Mimo nie do końca zrozumiałych dla niego słów Billa nie pytał o nic, a przeszedł do sprawy, w związku z którą biegł za nim.
- Masz może jutro czas..? – zapytał dość niepewnie, ani na sekundę nie spuszczając wzroku z Czarnowłosego, który zdążył już się przyszykować do wyjścia.
- Jutro? – odpowiedział pytaniem, dając sobie tym samym jeszcze chwilę na przetworzenie jego słów w głowie i wymyślenie odpowiedzi.
Przełożył przez szyję pasek swojej torby i zawiesił ją na ramieniu, spoglądając na blondyna. Wprawdzie jak zawsze nie miał żadnych planów, jednak wiedząc o co Tomowi chodzi, zwyczajnie zastanawiał się czy on sam ma ochotę znów spędzić kilka godzin nad książkami.
- W sumie mam. – odpowiedział w końcu, od razu dostrzegając malujący się na ustach Dredziarza uśmiech.
I tak by się zgodził.
- Spotkajmy się po południu. – zaproponował – U mnie, tak jak ostatnio. Mam trochę historii do ogarnięcia. – westchnął teatralnie, wciąż się uśmiechając.
- W porządku. Do zobaczenia. – odpowiedział Bill, po czym najzwyczajniej w świecie się odwrócił i ruszył korytarzem w swoim kierunku.
Tom przez moment stał w bezruchu z wielkim znakiem zapytania w głowie, jednak w końcu dotarło do niego, że to raczej bardzo podobne do Billa. Nim ten jednak zniknął mu z pola widzenia, krzyknął za nim jeszcze:
- Podwiozę cię, strasznie pada!
- Dam sobie radę. – usłyszał od razu w odpowiedzi, po czym zobaczył jak ten zarzuca na głowę kaptur czarnego płaszcza i znika, zakręcając w stronę schodów prowadzących do wyjścia.
Blondyn pokręcił lekko głową i udał się w zupełnie przeciwną stronę, aby zabrać swoje rzeczy i samemu także chwilę potem udać się do domu. Jeszcze dłuższy czas w głowie obijało mu się spotkanie z Billem i za każdym razem uśmiechał się do siebie, co chwilę na nowo uświadamiając sobie, że jeszcze nigdy nie poznał kogoś takiego, ani nawet osoby mu podobnej. I miał rację. Śmiało można było powiedzieć, że charakter Czarnowłosego był oryginalny, a sposób bycia jeśli nie wyjątkowy, to chociaż dość unikalny.

Następnego dnia Billowi nie udało się spotkać Kaulitza w szkole. W ostatniej chwili ugryzł się w język aby nie zapytać Spencer czy przypadkiem nie widziała Toma. Niby zupełnie niczego od niego nie chciał, a nawet gdyby wpadli na siebie i tak z pewnością nie zamieniliby ze sobą ani jednego słowa, jednak nim zorientował się, że zastanawia się nad tym co też zatrzymało Toma przed przyjściem do szkoły, lekcje zdążyły się skończyć a on wrócił do domu. Na zewnątrz było bardzo zimno, jednak wyjątkowo udało mu się wrócić suchym ponieważ po południu deszcz ustał.
Wyjrzał przez okno kuchenne, odgarniając dłonią białą firankę. Na niebie wciąż wisiały ciężkie chmury. Zegar wskazywał ledwie szesnastą, jednak wewnątrz domu panował półmrok. Na stole pod srebrną folią jego obiad czekał na odgrzanie, jednak ten nawet nie sprawdzając co też przygotowała mu mama przed wyjściem do pracy, wyszedł z kuchni i powoli udał się na górę do siebie. Nie miał ochoty jeść. Lekki ból głowy towarzyszący mu od rana zamiast maleć, nasilał się i ten widział, że nie obejdzie się bez proszków przeciwbólowych, jeśli zamierzał jeszcze tego dnia odwiedzić Toma. Niezależnie od tego jak bardzo mu się to nie uśmiechało, był już umówiony.
W szufladzie biurka odnalazł niewielkie pudełeczko, po czym wysunął z niego biały listek i wycisnął na dłoń okrągłą tabletkę. Wsunął ją do ust, a nie mogąc dostrzec nigdzie  czegoś do picia, krzywiąc się nieco na twarzy przełknął tabletkę, która dość mozolnie przeszła mu przez gardło. Nie czekał na nic. Było wystarczająco późno aby wiedział, że powinien pozbierać książki i wychodzić. Tak też zrobił.

Zawsze umiał dość sprytnie wszystko sobie planować, niekiedy nawet nieświadomie. Znów nie podał dokładnej godziny o jakiej miałby pojawić się u Dredziarza, co też dało mu wolną rękę na ociąganie się i plątanie drogi w mieście tyle razy, ile tylko mógł zapragnąć. Te wszystkie budynki wciąż wydawały się mu być identyczne. Rzeczywiście takie były, ale to dostrzegł dopiero po raz kolejny przemierzając tę samą ulicę.
Gdy w końcu stanął przed drzwiami już dobrze znanego mu domu, było kilka minut po siedemnastej, a Tom zdawał się czekać na niego ponieważ drzwi otworzyły się zaledwie po kilku sekundach od naciśnięcia przez niego dzwonka.
Od razu przywitał go szeroki uśmiech blondyna.
- Znowu się zgubiłeś? – zapytał, wpuszczając go do środka.
Bill rzucił mu przelotne spojrzenie.
- Nie, po prostu byłem zajęty. Późno wyszedłem. – skłamał.
Byłoby mu co najmniej głupio przyznać się po raz kolejny do tego jak bardzo nie umie odnaleźć się w życiu, bo nie chodziło tylko o nowe miasto. Zawsze o czymś zapominał, zawsze coś mu umykało, zawsze nie mógł się gdzieś odnaleźć.
- Dobrze, że dziś nie pada. – usłyszał zza pleców, gdy odwieszał swój płaszcz – Wczoraj musiałeś nieźle zmoknąć, no ale sam tego chciałeś. – Tom zaśmiał się cicho, przypominając Billowi o tym, że ten nie dał się mu podwieźć do domu.
- Lubię deszcz. – powiedział, odwracając się przodem do Dredziarza.
Trzymał w dłoniach pasek torby, która i tak leżała na podłodze i przez moment wpatrywał się tak w ciemne oczy blondyna, zanim ten ocknął się i wskazał dłonią w stronę schodów, gdzie od razu ruszyli.
Bill, znając już drogę, udał się do sypialni blondyna, gdzie zajął miejsca na łóżku. Nie czuł się skrępowany, nie siedział sztywny jak kołek na jego brzegu, a wręcz przeciwnie, rzucił torbę i wdrapał się na łóżko, siadając sobie po turecku na jego środku. Tom uśmiechnął się pod nosem na ten widok, zamykając za nimi drzwi. W innym przypadku być może takie zachowanie kogoś obcego w jego domu zirytowałoby go, jednak w tym małym, czarnym, aspołecznym kocie nie widział nic co w jakikolwiek sposób było w stanie go zirytować. Był zamkniętym w sobie egoistą, czasami nieco ponurym, chodzącym raczej swoimi ścieżkami nieznanymi nikomu innemu, a w tamtej właśnie chwili Tom miał wrażenie, że w jakiś sposób go oswaja - w końcu ten czuł się przy nim swobodnie. Sam bardzo chciał go poznać, nie przestawał więc obserwować. Zaśmiał się tylko do siebie, gdy zorientował się, że porównał Billa z kotem. Jednak podobieństwo było uderzające.
- Więc… - zaczął – Napijesz się czegoś może, czy przechodzimy od razu do historii? – spojrzał na Billa, zatrzymując się przy łóżku.
- Od razu do historii. – odpowiedział stanowczo – Nie wiem jak długo dziś zostanę, od rana boli mnie głowa. Nie czuje się najlepiej. – wytłumaczył, aby ten przypadkiem nie pomyślał, że tak szybko chce od niego uciec.
Prawdę mówiąc, Bill nie zdążył jeszcze zauważyć, że wcale nie zamierzał nigdzie uciekać. Lubił zapach jego pokoju, a samo towarzystwo Dredziarza wcale nie było dla niego nieprzyjemne.
- Może się przeziębiłeś? – Tom uniósł lekko jedną brew, samemu siadając na łóżku i podsuwając się bliżej Billa, który już wyjmował książki – Tak bywa gdy się moknie na deszczu i to w taki ziąb. – oparł plecy na ścianie, cały czas przyglądając się Billowi.
Czarnowłosy westchnął.
- Po prostu ciśnienie jest niskie… albo coś. Przejdzie mi. – wzruszył ramionami, gdzieś w środku jednak wiedząc, że Tom mógł mieć trochę racji. Nigdy nie miał zbyt dobrej odporności, a te spacery do domu z pewnością mu nie służyły.
Tom patrzył jeszcze na niego przez moment, gdy ten wertował strony podręcznika. Zrobiło mu się dziwnie miło, że Bill mimo złego samopoczucia i tak przyszedł mu pomóc, choć wcale nie musiał tego robić. Nie powiedział mu jednak tego, po prostu uśmiechnął się pod nosem.

Przez kolejne dwie godziny nie zamienili już ze sobą ani jednego zbędnego słowa, które nie miałoby czegoś wspólnego z historią. Test jaki Tom miał napisać następnego dnia stał się nagle banalnie prosty, a ściąga z wszelkich dat jaką przygotował mu Bill była zrozumiała, przejrzysta i łatwa do ukrycia. Nie było nawet mowy aby Dredziarz nie zaliczył tego przedmiotu. Tempo narzucone przez Czarnowłosego było dość żwawe, jednak dzięki temu coraz szybciej zbliżali się do końca tematu. Tom był bardzo pojętnym uczniem i Billowi wcale nie umknęło to, że gdyby trochę bardziej mu się chciało, wcale nie potrzebowałby jego pomocy. Nie zamierzał jednak podejmować tematu słabej motywacji blondyna.
Im bliżej jednak było wieczoru, tym gorsze samopoczucie dopadało Billa. Ból głowy nie zamierzał ustąpić, a gdy ten na moment wstał aby rozprostować nogi, także ból mięśni całego ciała dał mu się we znaki. Czuł się naprawdę okropnie, coraz gorzej z każdą godziną.
- Te strony, na których narysowałem krzyżyki musisz sobie już sam doczytać, tak dla utrwalenia. – powiedział, poprawiając podwijającą się koszulkę i ponownie siadając na łóżku, tym razem na jego brzegu. Kręciło mu się w głowie.
- Dzięki. – usłyszał w odpowiedzi – W sumie to już chyba wszystko, muszę tylko przejrzeć te notatki. Poczytam też, oczywiście, skoro każesz. – Tom podniósł wzrok na Czarnowłosego, uśmiechając się.
- Nie każę, nie musisz. – Bill wzruszył ramionami, z nieco zmęczonym wyrazem twarzy – Po prostu to wszystko lepiej wejdzie ci do głowy jeśli jeszcze poczytasz. – wyjaśnił.
Tom przyglądał mu się uważnie, jakby zastanawiając się czy wszystko jest w porządku. Dopiero w tym momencie, gdy Czarnowłosy siedział przodem do niego ten zauważył lekkie wypieki na jego zawsze bladych policzkach. Oczy delikatnie mu się szkliły.
- Wszystko dobrze? – zapytał, marszcząc brwi.
Bill zwrócił ku niemu swoje spojrzenie, jakby nie bardzo rozumiejąc pytanie.
- Jestem trochę zmęczony. – odparł – Chyba już pójdę, jeśli nie masz nic przeciwko. – znów popatrzył mu w oczy, a Tom po raz drugi już dostrzegł, jak bardzo jego tęczówki błyszczą.
Wyciągnął rękę w jego stronę i jakby to była najzwyczajniejsza rzecz na świecie, przystawił ją do czoła Czarnowłosego. Ten odruchowo przymknął powieki. Dłoń Toma była chłodna, a jego dotyk sprawił mu nadzwyczajną ulgę, nad którą ten nawet się nie zastanawiał. Lekki dreszcz przebiegł po karku chłopaka. To było przyjemne, żadna tabletka nie zatrzymała jego bólu głowy tak jak ten zimny dotyk, choć na ten krótki moment.
Powieki Billa uniosły się dopiero w momencie, gdy Dredziarz zjechał dłonią w dół, wierzchem palców przesuwając po jego zaróżowionym policzku. Gdy na moment spojrzeli na siebie, Tom odsunął rękę, a lekkie uczucie speszenia jakie rozlało się po jego ciele, zamaskował uśmiechem.
- Masz gorączkę. Chyba ze czterdzieści stopni. – zauważył, śmiejąc się cicho – Chodź, odwiozę cię do domu, zanim mi tu zemdlejesz. – dodał, od razu podrywając się z łóżka i chwytając bluzę, która wisiała obok na oparciu krzesła.
- Cholera… - Czarnowłosy mruknął pod nosem.
Nie śmiał się nawet sprzeciwić słowom Toma. Ból mięśni przy każdym najdrobniejszym ruchu nie przemawiał raczej za dobrym stanem zdrowia, z pewnością nie doszedłby nawet do domu o własnych siłach więc propozycja Toma była nadzwyczaj kusząca. Marzyło mu się tylko położyć do łóżka i nie robić zupełnie nic.

Zaledwie kilka minut później byli już w drodze, a Bill z całych sił starał się nie zasnąć. Sen był jedyną reakcją jego organizmu na stan w jakim się znajdował i naprawdę ciężko było mu się przeciwstawić. Na szczęście Tom zupełnie niczego od niego nie chciał i w ciszy kierował się w stronę domu Czarnowłosego, przed którym zaparkował po kolejnych kilku minutach.
- Dasz sobie radę? – zapytał, nie podejrzewając nawet siebie samego o taką troskę, jaka zabrzmiała w jego głosie.
Bill spojrzał na niego, uśmiechając się.
- Przecież nie umieram. Dzięki za podwiezienie. – odparł, na moment jeszcze przymykając oczy. Zupełnie nie chciało mu się wysiadać.
- To raczej ja dziękuję. – usłyszał w odpowiedzi, na co jego powieki znów się uniosły – No wiesz, że poświęciłeś mi czas, choć niespecjalnie się czujesz… - Tom patrzył na niego, znów nieco speszony. Bill nadzwyczaj często przyprawiał go o to uczucie.
- Masz zdać. – odparł – Bo będę musiał cię zabić. – zaśmiał się jeszcze cicho, po czym otworzył drzwi i wysiadł z samochodu – Trzymaj się. – rzucił, po czym drzwi zatrzasnęły się, a Tom mógł jedynie obserwować jak Czarnowłosy oddala się, kierując w stronę domu.
- Cześć… - powiedział już sam do siebie.
Zanim ten zniknął mu z pola widzenia jeszcze przez kilka sekund patrzył na niego, trochę sprawdzając czy aby na pewno dotrze do domu, a trochę… trochę tak po prostu.



13 kwietnia 2013

7. Drobiazgi.


- Egzony. – zaczął, wypuszczając ze zmęczeniem powietrze z płuc.
- Sekwencje nukleotydów eukariotycznego genu kodujące białka. – usłyszał z boku równie znużony głos towarzysza.
Leżeli na łóżku od dłuższej chwili wpatrzeni w sufit, choć żaden z nich nie dostrzegał tam niczego ciekawego.
- Itrony. - znów odezwał się cicho.
- Sekwencje interweniujące. – odpowiedział blondyn, skupiając swój wzrok na tym samym punkcie.
- Sekwencje eukariotycznego genu. – kontynuował za niego.
- Nie kodujące białka. – Tom dokończył, wypuszczając z dłoni podręcznik, który spadł na podłogę, gdzie właśnie miał już pozostać bo żaden z nich nie miał zamiaru już go dotykać.
Było dawno po dwudziestej pierwszej i ani jeden, ani drugi nie był już pewien zupełnie niczego z materiału, który przerabiali. Wszystko zmieszało się razem w jednolitą papkę, która wypełniała ich głowy, Tomowi wręcz wychodząc uszami.
- Rozumiesz? – Czarnowłosy zapytał, po czym ziewnął przeciągle i na moment zamknął oczy.
- Nie. – usłyszał w odpowiedzi.
- Ja też nie, ale ważne, że umiesz na pamięć. – podniósł powieki i obrócił głowę na poduszce w prawą stronę, spoglądając na profil Dredziarza, który leżał z zamkniętymi oczyma i sprawiał wrażenie jakby przysypiał.
Nauka wykańczała go psychicznie. Wyglądał jakby miał nadzieje, że to już nigdy więcej się nie powtórzy, a Bill, prawdę mówiąc, te nadzieje podzielał. Kilkugodzinne wałkowanie tego samego tematu było dla niego bardzo meczące. W dodatku nie spodziewał się, że na koniec wyląduje jeszcze z Tomem w łóżku, ale był tak zmęczony, że w tamtym momencie nie miał nawet ochoty ruszać się z niego. Było to jednak nieuniknione lecz ten idąc w ślad za Tomem, sam również przymknął powieki. Im dłużej leżał tak w bezruchu, tym mocniej znajmy zapach perfum, jakie wąchał przed kilkoma godzinami, muskał jego nos. Zdecydowanie polubił ten zapach. Choć sam nie zwykł używać perfum, tę chętnie zabrałby ze sobą. Informowanie Toma o tym, że przyjemnie pachnie byłoby co najmniej nie na miejscu, postanowił więc pozostawić to dla siebie.
Mając wrażenie, że za moment zaśnie, zmusił się wręcz do uniesienia powiek, które teraz wydawały się być cięższe niż zwykle i spojrzenia na Dredziarza, który już chyba zdążył odpłynąć.
- Będę leciał do domu. – odezwał się cicho – Jutro jeszcze wkujesz resztę na pamięć i myślę, że wystarczy. – dodał, na co powieki Toma uniosły się w górę. Jednak nie zasnął.
- Nie przyjedziesz jutro? – zapytał, obracając głowę w jego stronę i spoglądając mu w oczy – Przecież nie skończyliśmy chyba wszystkiego.
Bill powstrzymał się od odruchowego uniesienia brwi w geście zdziwienia, jednak jego spojrzenie musiało i tak go wydać. Zaczął zastanawiać się czy Tom naprawdę myślał, że ten spędzi z nim cały weekend, czy może tylko żartował.
- To zwykły test, przecież nikt nie będzie sprawdzał czy wykułeś podręcznika od deski do deski. – posłał mu lekki uśmiech – Naucz się na pamięć tego co ci zaznaczyłem, bo to ważne. I tyle. – wzruszył lekko ramionami, co jednak nie do końca przypominało ten zamierzony gest bo jego ciało leżało wbite w pościel. Wyglądał jakby się wzdrygnął.
Patrzyli tak na siebie przez chwilę, zbyt zmęczeni żeby wypowiedzieć choćby jedno niepotrzebne słowo i zbyt śpiący żeby się ruszyć. Bill jednak szybko poczuł się znów jak wtedy, gdy Tom zaczął mówić o jego paznokciach i makijażu – nieswojo. To był jeden z tych momentów, w których zawsze zmienia się temat lub fizycznie ucieka od niezręcznej sytuacji. Wybierając plan fizycznej ucieczki, spuścił wzrok z oczu blondyna i podniósł się, nie siadając nawet na łóżku, tylko od razu szybko z niego wstając. Poprawił podciągniętą koszulkę i przeczesał palcami nieco potargane włosy.
Na podłodze pod jego nogami leżało kilka zapisanych kartek, pomięty podręcznik z wygiętą okładką i masa kolorowych mazaków, którymi pokreślone były notatki. Śmiało mógł powiedzieć, że intensywnie pracował nad wiedzą Dredziarza i jeśli ten mimo wszystko nie wypadnie dobrze na teście, on tylko będzie mógł przyznać jak słabe zdolności w nauczaniu posiada – w co nigdy nie wątpił.
- Odwiozę cię, już trochę późno. – Tom także podniósł się ze zmiętej pościeli, od razu przecierając dłońmi zaspaną twarz – Pełno psychopatów wyłazi w tym mieście po zmroku. Jeszcze cię ktoś weźmie za dziewczynę i przykro się rozczaruje. – dodał, zerkając na niego z rozbawioną miną.
Bill tylko rzucił mu spojrzenie pełne politowania dla jego osoby, starając się jednak nie zaśmiać. Tom miał dość specyficzne poczucie humoru, nie sposób było tego nie zauważyć.
- Boisz się o moją cnotę? – zapytał, łapiąc swoją torbę z podłogi.
- Wierzę, że jest nienadszarpnięta, ale to nie zmienia faktu, że jest późno i zimno. – odpowiedział, kierując się do drzwi gdy Bill pozbierał już swoje rzeczy – Myślę, że zrobiłbyś dla mnie to samo. – przepuścił go pierwszego w drzwiach i udał się za nim w stronę schodów.
- Myślę, że raczej nie. – Czarnowłosy zerknął na niego przez ramie – Po pierwsze, nie mam auta, a po drugie, nie chciałoby mi się skoro sam możesz trafić do domu. – uśmiechnął się pod nosem – I nie traktuj mnie jak dziewczynę.
Gdy zeszli na dół, Bill od razu udał się do drzwi wejściowych, przy których zatrzymał się aby włożyć buty i resztę wierzchniego, jesiennego odzienia. Tom nadal śmiał się cicho z jego słów. Mimo faktu, że Czarnowłosy dość sceptycznie podchodził do jego pomysłu o podwiezieniu go do domu, sam także ubrał buty i bluzę, a z półki przy wejściu chwycił kluczyki od auta.
Chwilę później byli już na zewnątrz, kierując się w stronę zaparkowanego na podjeździe srebrnego sportowego samochodu, którego marka czy wygląd zupełnie nic nie mówiły Billowi. Oczy Toma natomiast rozbłyskiwały się na sam widok pojazdu, który dla Czarnego był tylko autem, jak wiele podobnych mu na ulicach.
Owe auto w środku okazało się być jeszcze bardziej zadbane niż na zewnątrz, jeszcze bardziej wypielęgnowane i jeszcze bardziej pachnące nim. Jak w sypialni miał okropny bałagan, tak auto było utrzymane w idealnej wręcz czystości i gdyby nie ten zapach właśnie, Czarnowłosy z pewnością pomyślałby, że samochód nie należy do niego, a do jego matki.
- Nie powiedziałeś mi gdzie jedziemy. – usłyszał z boku głos Toma, który sprowadził go na ziemię.
Bill, choć patrzył cały czas za szybę, dopiero w tamtym momencie zorientował się, że mijają już centrum miasta. Przetworzył szybko pytanie Toma w myślach, jednak nie udzielił mu żadnej odpowiedzi. Zaczął dość intensywnie zastanawiać się nad czymś, przy czym musiał wyglądać bardzo głupio, ponieważ po wnętrzu samochodu rozniósł się śmiech Dredziarza.
- Nie pamiętam. – odezwał się w końcu.
Czuł się jak ostatni idiota ale niestety prawdą było, że nie znał nazwy ulicy przy jakiej mieszkał.
- Jak można nie pamiętać swojego adresu? – Tom z rozbawieniem patrzył na drogę, jadąc zupełnie do nikąd.
- Wyleciał mi z głowy, dopiero się tam wprowadziłem. – odpowiedział nieco zażenowany śmiechem blondyna – Na nogach bym trafił, pamiętam drogę. To gdzieś na przedmieściach. – dodał, wbijając plecy w oparcie siedzenia.
- Znajdziemy. – Dredziarz pokręcił głową – A jeśli nie, podrzucę cię do noclegowni, a jutro może ktoś zacznie cię szukać. – mówił nadal nabijając się z Billa, którego stan z zażenowania zaczął powoli przechodzić w rozbawienie, choć wprawdzie nie takie jak Toma. Nie mógł się przecież rozpłakać, choć śmiać się z tego, że czuł się jak głupek, było mu równie trudno.
Był nieco zawstydzony tym, że póki co, krążyli odrobinę bez celu, zanim Tom wyjechał z centrum i skierował się na obrzeża miasta. On sam, wyglądając za szybę, nie przypominał sobie wcale żadnej z dróg jakie pokonywali ale nie odzywał się ani słowem, w końcu to nie on był kierowcą. Kierowca za to siedział tuż obok niego, skupiając swój wzrok na drodze i bardzo swobodnie prowadząc auto. Na pierwszy rzut oka widać było, że był doświadczy i dobrze wiedział co robi. Kierownica z lekkością obracała się w jego dłoniach, które bardzo delikatnie jej dotykały. Ledwie muskał ją nimi, co jakiś czas tylko na moment chwytając mocniej przy zakręcie. Miał bardzo piękne dłonie. Czarnowłosy nie spostrzegł się nawet jak zaczął po prostu się im przyglądać. Jego głowa, oparta na zimnej szybie, drgała lekko na każdym najdrobniejszym nawet wyboju. Dopiero gdy Tom zjechał na mniej uczęszczaną trasę, wpadając przy okazji w niemałą dziurę na jezdni, ten obudził się ze swoich myśli, gdy jego głowa wcale nie tak delikatnie zderzyła się ze szkłem. Pomasował ją lekko dłonią, słysząc z boku cichy śmiech.
- Tu chyba w prawo. – powiedział, spoglądając na drogę przed nimi.
Tom zakręcił tak jak mu rozkazano i po chwili wszystko zaczęło wyglądać już bardziej znajomo dla Billa. W końcu, mijając uprzednio kilka domów, zatrzymali się przed odpowiednim. W kilku oknach świeciło się światło więc ten nie musiał martwić się brakiem klucza.
- Dziękuję. – znów popatrzył na Toma, uśmiechając się do niego lekko.
- Polecam się na przyszłość. – odparł, także spoglądając w jego stronę.
Bill chwycił dłonią za klamkę, jednak nim zdążył otworzyć drzwi, głos Toma zatrzymał go jeszcze na moment.
- Zaczekaj.
Czarnowłosy znów zwrócił ku niemu swoje spojrzenie.
– Dasz mi swój numer telefonu? – zapytał, mając minę jakby właśnie zrobił coś do czego bardzo długo się przymierzał.
Czarnowłosy uśmiechnął się pod nosem. Nie zastanawiał się za bardzo po co był mu potrzebny jego numer telefonu. Wiedział, że z pewnością chodziło o tę naukę, którą mu obiecał więc podyktował mu go od razu, patrząc jak Tom wstukuje szybko cyferki w telefon.
Było ciemno, późno, a na zewnątrz bardzo zimno, więc Bill chciał już tylko jak najszybciej schować się w domu, wskoczyć w dres i najlepiej do łóżka.
- Dobranoc. – powiedział cicho, na co blondyn odparł tym samym.
Wysiadł z auta, zatrzasnął drzwi i szybko przeszedł przez bramkę, kierując się w stronę domu. Za plecami słyszał jak Dredziarz zawraca na końcu uliczki, a gdy doszedł do drzwi wejściowych, zerknął jeszcze ostatni raz w tamtą stronę, widząc już jedynie oddalające się światła. Musiał przyznać, że był mu wdzięczny za podrzucenie go do domu. Ostatnie na co miałby teraz ochotę to spacer w takim chłodzie.

Gdy wszedł do domu, od razu przywitało go przyjemne ciepło panujące we wnętrzu. Z kuchni oprócz odgłosów rozmowy między jego siostrą a rodzicielką, dobiegał także przyjemny zapach. Nie czekając na nic, rozebrał się pozostawiając w przedpokoju buty i płaszcz, po czym dołączył do reszty swej nielicznej rodziny. Nie potrzebował wiele czasu aby zlokalizować źródło zapachu, za którym już zdążył się stęsknić i korzystając z nieuwagi siostry, która odwróciła się szukając czegoś w lodówce, pochwycił ze stołu jej kubek wypełniony gorącym kakao.
- Bill, nalej sobie sam! – krzyknęła na niego z niezadowoloną miną, jednak widząc przesłodzony uśmiech jaki ten jej posłał, sięgnęła po prostu po drugi kubek dla siebie.
- Twoje bardziej mi smakuje. – odpowiedział, obejmując ceramiczne naczynie obiema dłońmi i grzejąc do niego zimne palce.
- Skąd tak późno wracasz? – usłyszał głos matki, która z uśmiechem przyglądała się jego osobie.
Bill także na nią spojrzał przez moment jeszcze zastanawiając się nad tym jak mógłby odpowiedzieć w taki sposób, aby nie zdziwić matki i nie zostać wyśmianym przez siostrę.
- Pomagałem znajomemu w nauce. – odparł w końcu, na co jednak od razu zobaczył zdziwioną minę rodzicielki i usłyszał nieco szyderczy śmiech Lisy.
- To po to wybierałeś się na Stratford? – zapytała, siadając przy stole – Kto musiał być aż tak zdesperowany aby poprosić cię o coś takiego? – uniosła na moment jedną brew, na co Czarnowłosy obdarzył ją morderczym spojrzeniem.
Nie lubił gdy siostra szydziła z niego, robiąc z jego osoby kompletnego nieudacznika. Jeszcze bardziej nie lubił tego z powodu, że często miała po prostu rację. Nigdy nie był w niczym jakoś szczególnie dobry, nie prowadził bujnego życia towarzyskiego i nie wychylał się ponad przeciętną, a mógł nawet śmiało powiedzieć, że raczej się za nią chował.
- To miłe, że pomagasz komuś. Dobrze, że poznałeś tu już nowych ludzi. – usłyszał jak zawsze ciepły głos rodzicielki.
Z pewnością nie robiła tego naumyślnie ale on znów pod wpływem słów, tym razem matki właśnie, poczuł się jak nieudacznik życiowy i po raz kolejny dostrzegł, że nadal traktuje go jak małe dziecko.
- I jak poszło? – zapytała jeszcze, gdy ten dopijał swoje kakao.
Popatrzył na nią, wzruszając przy tym ramionami.
- Chyba dobrze, ale to trochę meczące. Pójdę już spać. – odpowiedział krótko i odstawił kubek – Dobranoc. – dodał, wychodząc z kuchni i ruszając na górę.
Ciche skrzypienie powoli płynęło po korytarzu, gdy stare drewniane schody dawały o sobie znać pod jego stopami. Miał świadomość, że z pewnością pozostał jeszcze krótkim tematem rozmowy dwóch najważniejszych kobiet jego życia, ale one zawsze bardzo lubiły o nim rozprawiać. Opowiadając o tym jak spędził popołudnie podał im ciekawy pretekst, a Lisa z pewnością zaczęła po raz kolejny spekulować na temat jego seksualności. Nadal nie był to zamknięty temat w jego domu, a on niestety nic nie mógł z tym zrobić ponieważ jak dotąd nie udało mu się znaleźć żadnej dziewczyny, którą mógłby przedstawić matce i siostrze. Takiej, której by nie mógł, też nie. Nigdy żadnej nie poszukiwał i wcale nie zamierzał. Wierzył, że pozna kiedyś kogoś zupełnie niespodziewanie i że na żadne uczucie nie wolno czekać, ani go szukać. Odejście oczekiwanego potrafi bardzo zaboleć, a brak wyników poszukiwań może odebrać nadzieję. On po prostu tam był i nigdzie się nie wybierał, może nie do końca gotów aby to do niego przyszło; aby w końcu pojawiła się ta osoba, którą zawsze nazywał „tym kimś”, ale mimo wszystko był – niezmiennie nie czekając i nie poszukując.
Gdy zamknął za sobą drzwi pokoju od razu włączył lampę, która stojąc w kącie rozjaśniła przyjemnym dla oka światłem całe wnętrze. Nie miał ochoty na prysznic, nawet na zmywanie makijażu, który sam w sobie nie wyglądał już tak dobrze jak jeszcze kilka godzin wcześniej. Był po prostu zmęczony więc zamierzał zrobić tak jak powiedział w kuchni – pójść spać.
Ubrania po kolei lądowały na podłodze, a gdy pozostał już w samej bieliźnie, włożył tylko leżące na łóżku spodnie od dresu i wśliznął się pod zimną kołdrę. Przez całe jego ciało od razu przebiegł nieprzyjemny dreszcz, który wcale nie chciał ustąpić jeszcze przez kilka kolejnych minut, zanim ten zdążył się rozgrzać. Gdy tak leżał rozglądając się po pokoju, nie musiało wcale minąć dużo czasu aby poczuł, że to jeden z tych momentów, w których mimo zmęczenia, sen wcale nie chce przyjść i nawet więcej – im dłużej tak trwał, tym mniej senny się czuł. Jego myśli przeskakiwały z jednego tematu w drugi, z jednej osoby na kolejną. Zaczął nawet zastanawiać się, czy Tom nie zamierza odebrać mu niedzieli swoim brakiem motywacji do samodzielnej nauki. Swoją drogą, rozbawiło go to jak bardzo ten się zdziwił, słysząc, że Czarnowłosy wcale nie ma zamiaru następnego dnia go odwiedzać. Przecież nie mógł spędzać z nim każdej wolnej godziny. Choć może mógł? Sam przed sobą przyznał już chyba, że polubił go i choć sam nie cierpiał być oceniany pochopnie, kiedyś ocenił tak Dredziarza. Wprawdzie ich pierwsze spotkanie nie przebiegło najmilej jak mógłby tego oczekiwać, jednak po spędzeniu z nim popołudnia, dostrzegł w nim kogoś zupełnie innego. Wcześniej tak naprawdę nie wiedział kim jest, mógł się tylko domyślać. Dopiero teraz był w stanie wyrobić sobie swoje zdanie na jego temat i póki co, czuł, że to zdanie jest bardzo pozytywne. Zastanawiało go tylko to, dlaczego jest zupełnie inną osobą w szkole wśród swoich znajomych, a inną gdy zostaje się z nim sam na sam. Każdy czasem udaje. Pytaniem było tylko to, która z tych dwóch postaci jakimi był Tom, była tą udawaną, a która tą prawdziwą.
Zazwyczaj jest tak, że gdy spędza się z kimś czas, nawet po rozstaniu z tą osobą nie możemy długo wyrzucić jej z myśli. Dredziarz także uporczywie wiercił dziurę w głowie Czarnowłosego. W takich chwilach, gdy jedyne co mu pozostawało to własne głupie myśli i patrzenie w sufit, zawsze sięgał po swój stary notatnik. Tak też zrobił i w tamtym  momencie. Wychylił górną część ciała za łóżko i naciągnął się mocno, końcami palców chwytając swoją torbę, którą przyciągnął do siebie od razu. Wyjął z niej notatnik, a gdy położył go na swojej poduszce, zza sprężynki trzymającej kartki razem wysunął ołówek. Jak każdego razu, gdy miał rozpocząć coś nowego, przez moment wpatrywał się w białą, pustą kartkę papieru, jakby szukając na niej pomysłu. Wbrew pozorom zawsze go tam odnajdował. Na czystej kartce jest wystarczająco dużo miejsca aby dostrzec swoje myśli. Gdy postawił kilka ledwie widocznych kresek, w głowie już zobrazował sobie dokładnie to, co chciał za moment zobaczyć w ich miejscu. Myślał o tym, co najbardziej zapadło mu w pamięć tego dnia. Nie zostało w niej nic prócz tych kilku godzin w towarzystwie Toma, a tą jedyną rzeczą  jaka obijała mu się po głowie nie był jego pokój, jego oczy, uśmiech, czy nawet zapach perfum, które z pewnością nie chciały opuścić jego myśli. Tą jedną rzeczą, którą śmiało mógł przyrównać do drzazgi utkwionej w jego pamięci, były jego dłonie. Idealne w każdym calu, męskie choć wydawały się być przy tym bardzo delikatne. Chyba jeszcze nigdy niczyje dłonie nie zachwyciły go tak bardzo jak te należące do Toma. Jego długie, proste palce, jakie przesuwały się z czułością po kierownicy ukochanego auta. Były zupełnie nieskazitelne i taki także musiał być ich dotyk. Mając je teraz przed sobą na papierze, na myśl przychodziło mu, że przecież mógłby zrozumieć te wszystkie dziewczyny, które tak łakną uwagi Dredziarza. Był bardzo przystojny i tego w żaden sposób nie można było mu odmówić, jednak to nie miało znaczenia. To dotyk tych dłoni musiał tak bardzo przyciągać; musiał być nieziemski, a Czarnowłosy zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że już od ponad godziny myśli tylko o nich, nie odrywając nawet ołówka od kartki, drugiej już tego wieczoru, na której widniał skrawek czyjegoś odsłoniętego ciała i właśnie te dłonie. Tylko jedną osobę na tym rysunku znał. Ciało należało do tej jaką ta właśnie osoba sobie wybrała.
Wystarczyło jedno spojrzenie na ukończony szkic aby poczuć lekki dreszcz na skórze. Po raz kolejny za zasługą Toma łamał bariery w jakich obracał się jego rysunek. Dostrzegał, że potrafi więcej. A jeśli był w stanie przenieść ze swoich myśli na papier coś tak pięknego, mógł wcale nie przestawać otaczać się tym pięknem.


____________________________________________________________________________________
Część z pewnością mogłaby być lepsza i dłuższa, ale postanowiłam w końcu po prostu coś
wrzucić aby przełamać jakoś ten zastój. Przepraszam osoby, które czekały ale brak czasu
niestety wdziera się boleśnie w wenę do pisania czegokolwiek... Dziękuję za wszystkie miłe
komentarze. Mam nadzieję, że blog mimo wszystko nie upadnie, postaram się nadrobić ;)

17 lutego 2013

6. W mojej głowie świat bywa więcej niż szary.

Gdy tylko odwrócił się do tyłu, dostrzegł znajomą mu osobę zbiegającą szybko po schodach w jego kierunku. Tom zatrzymał się tuż przed nim nieco zdyszany, zupełnie jakby przebiegł pół szkoły. Czarnowłosy nieco zdziwiony popatrzył na niego, posyłając mu jedynie pytające spojrzenie.
- Bo… Chciałem cię zapytać o to, co Statt mówił wcześniej. – zaczął jakby nieco niepewnie, a Bill od razu domyślił się co ten ma na myśli, a co jednak odrobinę go przerażało – Czy chciałbyś może… Znaczy, czy możesz pouczyć mnie? Albo się ze mną? Pouczyć się ze mną? – poplątał się nieco.
Bill zaśmiał się cicho i pokręcił głową, patrząc na swojego towarzysza. Nie spodziewał się, że ktoś mógłby wziąć sobie do serca wcześniejszą propozycję nauczyciela, bynajmniej Spencer go o tym zapewniła.
- Słuchaj, ten pomysł był kompletnie poroniony. Nie wiem nawet skąd mu się to wzięło. – odpowiedział nie owijając w bawełnę. Tomowi zrobiło się odrobinę głupio, przynajmniej tyle wyczytał z jego twarzy – Skąd myśl, że jestem na tyle dobry albo, że mógłbym komuś w czymkolwiek pomóc? – zapytał retorycznie – Poproś Mirandę. – odsunął się w tył o jeden schodek niżej, jednak ten nie dawał mu odejść.
- Chłopaki już ją obskoczyli. – zaśmiał się – Jeśli nie nauczyć mnie, to może po prostu pouczyć się razem? Mi to kompletnie nie idzie, podobno z kimś jest zawsze lepiej. – spojrzał na niego prawie prosząco, chyba zależało mu na tym aby ten się zgodził i wcale nie zamierzał odpuścić – Mam nieźle przerąbane, muszę się w końcu za to wziąć bo będzie po mnie. – wykrzywił twarz w grymasie, zupełnie jakby nagle zdał sobie sprawę z tego jak bardzo zawalił szkołę.
- No dobra. – Bill westchnął cicho – Mogę ci pomóc. – zgodził się w końcu, nie chcąc przeciągać ani chwili dłużej tej niezręcznej sytuacji, na co Tom poszerzył nieco swój uśmiech – Jak to ma wyglądać? Chcesz zostawać po lekcjach w bibliotece? – zapytał, jednak nadal bez większego entuzjazmu.
- Nie, po lekcjach zazwyczaj mam treningi. Musiałbyś na mnie czekać. – odparł – Ale później mógłbym do ciebie przyjechać. Albo po ciebie. – dodał nieco niepewnie.
- Dasz mi adres w poniedziałek. Trafię. – odpowiedział, znów schodząc powoli o jeden schodek w dół.
- Stratford 11.
Bill znów na niego spojrzał.
- Dobrze, trafię. – powtórzył, nie mając jednak zielonego pojęcia gdzie to jest – Pogadamy w poniedziałek. – zszedł o kolejny schodek w dół.
- Tylko… - głos Toma znów go zatrzymał i zmusił do zwrócenia ku niemu jego spojrzenia – W poniedziałek mam do poprawienia test i chciałbym go nie zawalić, tak na dobry początek.
Bill całą swoją silna wolą powstrzymał się od wywrócenia oczyma i wciąż utrzymywał choć pozorne zainteresowanie jego słowami.
- Ja wiem, że jutro jest sobota ale liczyłem, że może nie masz planów… - Dredziarz znów odezwał się dość niepewnie.
Bill westchnął cicho. To było oczywiste, że miał plany. Były to plany mniej-więcej takie jak zwykle. Zamierzał jak najdłużej spać, jak najrzadziej opuszczać łóżko i w samotności opychać się słodyczami, romansując cały weekend ze swoim ukochanym laptopem. Zawsze jednak mógł w ostateczności przełożyć te plany, ten jeden, wyjątkowy raz.
- W porządku, wpadnę po południu. – odparł w końcu, znów widząc ten sam uśmiech malujący się na ustach Dredziarza.
- To do zobaczenia. – odpowiedział mu, samemu odwracając się po chwili i wdrapując z powrotem na górę.
Czarnowłosy tylko po raz kolejny westchnął pod nosem odpowiadając mu tym samym i także odwrócił się w swoją stronę, wychodząc w końcu ze szkoły. Pożałował, że nie pospieszył się z tym zanim tamten złapał go jeszcze na schodach.
Na zewnątrz przywitał go deszcz, jednak nie zdziwiło go to, tak jak nie dziwiło każdego poprzedniego dnia. Zarzucił na głowę kaptur i ruszył drogą przez kałuże, rozbryzgując brudną deszczową wodę butami. W uszy wsunął słuchawki, z których popłynęła adekwatna do pogody muzyka i przygotował się na godzinny marsz do domu. Nie przemawiał do niego powrót autobusem, wolał być raczej ochlapywany przez nie po drodze właśnie tą brudną deszczówką spod krawężników. Zawsze bardzo lubił spacery z muzyką. Wolał to znacznie bardziej od szybkiego powrotu do domu jaki oferowała mu komunikacja miejska i być może moknięcie każdego dnia nie było mądrym z jego strony, ale rzadko zdarzało mu się robić mądre rzeczy. Przed chwilą przecież zrobił kolejną głupią. Sam zastanawiał się jak mógł zgodzić się na pomoc Kaulitzowi, którego nie darzył nawet względną sympatią. Wprawdzie nie znał go za dobrze – jeśli w ogóle choć trochę – ale już wyobrażał sobie tę niezręczną ciszę i momenty, w których tak naprawdę sam nie będzie wiedział jak ma mu coś wytłumaczyć bo nigdy nawet nie próbował pomagać komuś w nauce. Samemu sobie nie potrafił. Z drugiej strony, to jednak mogło zadziałać na jego korzyść. Tom przecież mógł zobaczyć, że poprosił o pomoc kompletnego barana i odpuścić sobie. W końcu i tak był dla niego tylko drugą opcją bo Miranda musiała udźwignąć ciężar głupoty jego kolegów. Liczył na to, że ten szybko zrezygnuje, a tymczasem musiał zmierzyć się następnego dnia z prośbą, na którą przystał. Docierało do niego, że ma jednak zbyt miękkie serce lub bardziej wprost – zwyczajnie brakowało mu asertywności.





*





- Wychodzisz gdzieś? – usłyszał z boku, od razu odwracając głowę w stronę kuchni, z której dobiegł go głos siostry.
Szczupła brunetka stała w drzwiach kuchennych i wyglądała na korytarz. Miała niedbale upięte włosy, a na sobie za duży, wyciągnięty sweter, który wkładała tylko po domu. Stojąc tak z kubkiem parującej kawy w dłoni, sprawiała Billowi niemały ból. Uświadamiało mu to tylko jak pięknie można spędzać leniwe sobotnie popołudnie, co tego dnia nie było mu dane.
Westchnął ciężko, wsuwając drugą stopę do buta, którego zaczął ciasno sznurować.
- Tak, ale wrócę niedługo. – odpowiedział.
- Możesz wrócić później. – odparła znad kubka – Będę miała gości.
- Ale ja cię nie pytam, o której mogę wrócić. – burknął, łapiąc z wieszaka płaszcz i wkładając go na siebie – Nie wiesz może gdzie znajduje się ulica Stratford? – zapytał.
Siostra w odpowiedzi zmarszczyła brwi, rzucając mu nieco podejrzliwe spojrzenie.
- To nie ulica. – uśmiechnęła się lekko – Po co wybierasz się na strzeżone osiedle? – tym razem to ona zadała pytanie.
Bill uniósł jedną brew. W sumie to było do przewidzenia, że Kaulitz będzie mieszkał w takim miejscu. Takich jak on lepiej trzymać pod ochroną – pomyślał.
- Mam coś do załatwienia. – odpowiedział wymijająco – Powiesz mi gdzie to jest? – spojrzał na Lisę, przewieszając przez szyję torbę i poprawiając się jeszcze ostatni raz.
- Nie wiem dokładnie, ale chyba gdzieś bliżej centrum. Na pewno nie będzie trudno trafić.
Bill tylko wzruszył ramionami.
- Pewnie będę z powrotem zanim mama wróci z pracy. – odwrócił się, otwierając drzwi.
- Nie przejmuj się tym. Dobrze, że w końcu kogoś tu poznałeś. – rzuciła, także obracając się do niego plecami i kierując w stronę schodów.
Czarnowłosy nie był do końca pewien czy chciała być miła, czy tylko perfidnie wytknęła mu brak jakichkolwiek znajomych. Nie to, żeby miał ich jakoś wielu w poprzedniej szkole ale zawsze te kilka osób kręciło się przy nim, czego tu zupełnie brakowało. Nie odezwał się już jednak ani słowem i po prostu zamknął za sobą drzwi, ruszając w stronę ulicy.
Chyba po raz pierwszy od dawna nie padało. Choć rano deszcz lał się z nieba strumieniami, teraz jedyne jego ślady widniały na ulicach pokrytych dziesiątkami wielkich kałuż. Powietrze było rześkie i przyjemne, a pomimo niskiej temperatury wcale nie było zimno. Można by powiedzieć, że pogoda w sam raz sprzyjała spacerowi, jednak on wybrał się na spacer nie do końca jeszcze znając jego cel i mimo to, dość niechętnie ku niemu zmierzając. Sunął ulicą, która powoli wyprowadziła go z przedmieść i skierował swoje kroki do centrum, jak wskazała mu siostra. Bardzo ociągał się z wyjściem z domu, nie mogąc pogodzić się z tym, że naprawdę przystał na prośbę Kaulitza więc było już dobrze po piętnastej, a on nadal nie miał nawet pojęcia gdzie ten mieszka. Nie sprecyzował godziny, na którą miał się pojawić, tylko to ratowało go w tej sytuacji. Rozglądając się po znakach w centrum, zrozumiał, że brak tejże właśnie precyzji wytłumaczy go i uniewinni gdy dotrze do Toma na dwudziestą - w końcu to też po południu.
Powoli tracił nadzieję, gdy nieopodal jednego z przystanków autobusowych dostrzegł wielką tablicę z mapą miasta. Podszedł do niej i już po chwili wyczytywania nazw ulic spod nieco zabazgranych i odrapanych szlaczków linii autobusowych, dostrzegł, że znajduje się zaledwie dwie przecznice od osiedla, którego szukał. Udał się więc w kierunku jaki wskazywał plan miasta, licząc po drodze mijane kawiarnie, zakręcając przy kwiaciarni na rogu i zawracając w prawo przy księgarni na jaką miał natrafić, na końcu drugiej przecznicy. Mapa okazała się być nieomylna, a on zdał sobie tylko sprawę, że gdyby wracając ze szkoły oglądał cokolwiek innego poza chodnikiem i czubkami swoich butów, z pewnością teraz zaoszczędziłby sobie niepotrzebnych poszukiwań i błądzenia po mieście.
W końcu zatrzymał się przed zawieszoną na słupie tabliczką z nazwą odpowiedniej ulicy, skierowaną w stronę alejki prowadzącej w głąb osiedla, którego tak poszukiwał. Nie czekając już na nic skierował się przed siebie, wchodząc pomiędzy domy nie przypominające już wyglądem kamienic z reszty miasta. Były to sporych rozmiarów wille prześcigające się wielkością, na oko nie wybudowane dalej jak ledwie kilka lat temu i w większości zupełnie pozbawione uroku tych starych kamieniczek miasta. Każdy budynek osłaniała brama, jedna większa, druga mniejsza, ale ani jeden nie był je pozbawiony. Ulica, choć z pozoru idealna i pięknie utrzymana, wydawała się być strasznie pusta, zupełnie jakby nikt tam nie mieszkał. Jeszcze chwile wcześniej na chodnikach otaczała go masa ludzi, a teraz poczuł się jakby właśnie przekroczył bramę Silent Hill. Teraz zaczynał rozumieć dlatego Tom zadawał się z takimi snobami – sam taki był.
Minął jeszcze kilka domów, nim w końcu zatrzymał się przed numerem jedenaście. Choć brama na podjazd była otwarta, pozostał na chodniku, dzwoniąc jedynie domofonem. Zaczął zastanawiać się co powie gdy okaże się, że źle trafił, jednak już chwilę później usłyszał znajomy głos po drugiej stronie.
- Cześć… – odpowiedział tylko Tomowi, nie bardzo wiedząc co jeszcze mógłby dodać.
Zamek otworzył się, a on wszedł za bramę i przeszedł wąskim chodniczkiem pośród idealnie przyciętego trawnika do drzwi. Gdy tylko zatrzymał się przy nich, od razu zostało mu otworzone, a przed sobą zobaczył uśmiechniętą twarz Dredziarza.
- Już myślałem, że nie przyjdziesz. – odsunął się do tyłu, otwierając szerzej i wpuszczając Billa do środka.
- Miałem być po południu. – odpowiedział Czarnowłosy, gdy ten już zamknął za nim drzwi.
Niepewnie rozejrzał się wokół siebie. Wnętrze domu było dość surowo urządzone i nawet jasne beżowe kolory nie nadawały mu ciepła. Widać jednak było od razu, że wygląda tak raczej za sprawką dekoratora wnętrz, kierującego się jakimś wybranym stylem, niż osoby bardziej zainteresowanej mieszkaniem w tam.
Znajdowali się w niewielkim holu, na lewo prowadzącym na otwarty salon, a na prawo na kuchnię. Przed nimi rozciągały się delikatnie zakręcające schody wiodące na piętro domu.
- Mam nadzieję, że trafiłeś bez problemu. – Dredziarz znów zwrócił się do Billa, gdy ten zdejmował buty.
Czarnowłosy odłożył swoje mokre glany na bok, tuż obok nieco porozwalanych kilku par butów z pewnością należących do Toma.
- Mówiłem, że trafię. – uniósł kąciki ust, spoglądając na niego gdy ten chwycił jego płaszcz i odwiesił na wieszak.
- Ale pewnie nie znasz jeszcze miasta. Słyszałem, że dopiero się tu sprowadziłeś. – kontynuował z uśmiechem, ruszając wraz z Billem na górę – Ale nie da się tu zgubić. Zobaczysz, za kilka tygodni będziesz znał to miasto jak własną kieszeń.
- Obiecujesz? – mruknął pod nosem gdy wyszli na piętro, spoglądając w stronę wielkich przeszklonych drzwi prowadzących na równie wielki taras, jaki właśnie mijali.
- Co? – Tom odwrócił się do niego z uśmiechem.
Bill tylko podniósł głowę, powracając do niego gdzieś ze świata swoich myśli.
- Nic. Mówię, że znam już miasto. – posłał mu lekki uśmiech.
W korytarzu minęli jeszcze dwoje innych drzwi, aż na jego końcu Tom otworzył ostatnie i wpuścił Czarnowłosego do swojego pokoju. Gdy znaleźli się w środku, Bill rozejrzał się wokół, tym razem już nieco pewniej, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że to miejsce jest zupełnie wyjęte poza ramy domu w jakim się znajdowali. Ściany naturalnie były pomalowane na jakiś pastelowy odcień granatu, jednak tylko w nielicznych miejscach farba przebijała się spod plakatów i tony sprayu jakim były pokryte. Gdzieś w tym bałaganie leżało nawet kilka puszek po takich farbach właśnie. Nie były to żadne arcydzieła. Widać było, że nie naniosła ich ręka profesjonalisty ale to właśnie nadawało tego czegoś tym czterem, dość oszczędnie umeblowanym, ścianom. Pokój Toma przypominał mu nawet trochę jego własny. Panował w nim bardzo podobny nieład i nawet łóżko także stało pod oknem, z tym, że ta sypialnia znajdowała się na poddaszu i okna były już nieco inne.
- Zawsze chciałem mieć takie świetliki. – Czarnowłosy odezwał się po chwili, podchodząc do łóżka, na którym położył torbę – Przyjemnie się pod nimi śpi.
Bill wyjrzał za szybę, spoglądając na rozciągający się przed nim widok na miasto, gdy Tom zbierał z łóżka jakieś porozwalane na nim rzeczy.
- Mi tam wszystko jedno. – odparł – Wybrałem ten pokój bo jest mały, jakoś dobrze się tu czuje.
Bill odwrócił się do niego, gdy ten już skończył te małe porządki i pozwolił sobie usiąść na łóżku. Im dłużej rozglądał się wokół siebie, tym bardziej podobało mu się to co widział. Kilka plakatów filmowych mówiło mu, że muszą mieć dość podobny gust w tej kwestii, a ozdabiający drzwi nieco sfatygowany plakat koncertowy zespołu jakiego sam słuchał, sprawiał, że powoli zaczynał zmieniać zdanie na temat osoby Dredziarza, który stał teraz przy biurku przeglądając stertę podręczników. W końcu odnalazł chyba to czego szukał i odwrócił się do Billa, podchodząc do niego.
- No więc ten test, który piszę w poniedziałek jest z biologii ale zupełnie nie rozumiem tego działu. – westchnął, wertując strony podręcznika a gdy odnalazł odpowiednią, podał Billowi książkę.
Czarnowłosy spojrzał na wypisany tłustym drukiem tytuł.
- Genetyka. – skrzywił się nieco.
Nie przepadał nigdy a tym tematem, ale we wcześniejszej szkole szybciej realizowali program więc posiadał przynajmniej względne pojęcie w tym, co teraz przyszło mu przerabiać.
- Pokaż mi swoje notatki. – dodał, przewracając stronę.
Tom uśmiechnął się niewyraźnie.
- Nie posiadam. – odpowiedział, na co Bill popatrzył na niego od razu.
- Więc jak, do cholery, masz zamiar się uczyć? – zapytał, samemu również uśmiechając się nieco niewyraźnie – Szkoda, że nie powiedziałeś mi wcześniej to wziąłbym swoje, jakieś tam mam.
Westchnął ciężko, jednak mimo zrezygnowania podciągnął się wyżej na łóżku i usiadł po turecku, tak jak było mu najwygodniej. Jeśli już dał słowo, postanowił go dotrzymać, nawet jeśli sytuacja wydawała się być beznadziejna.
- Daj mi chociaż jakąś kartkę i długopis. – znów popatrzył na niego znad książki – I siadaj tu. – dodał, przesuwając dłonią pomiędzy stronami, aby nie zamknęły się gdy odłożył podręcznik na bok.
Tom bez słowa wykonał oba polecenia i gdy tylko wręczył Billowi gruby notes i długopis, usiadł obok niego. Bill na moment zastanowił się od czego powinien zacząć aby ze skutkiem wytłumaczyć osobie z niewielkim obyciem w temacie coś, co wcale nie było łatwe. On sam także był taką osobą. Wiedział jedynie to, co powinien wiedzieć aby zdać ale czuł, że Tomowi wcale nie potrzeba więcej. Starał się choć odrobinę przypomnieć sobie jak wyglądały jego notatki i które z nich były niezbędne aby zrozumieć i ten temat. Skorzystał ze swej niezawodnej pamięci wzrokowej i już po chwili zaczął notować bo samo opowiadanie tych bzdur nie miałoby sensu.
Dredziarz w ciszy patrzył na powstające na kartce literki, nie do końca rozumiejąc co one oznaczają, jednak widząc jak Czarnowłosy sunie strzałkę od każdej z nich i opisuje z dokładnością jej znaczenie, uśmiechnął się do siebie.
- Musimy zacząć od budowy DNA bo później niczego nie zrozumiesz. – powiedział, nie odrywając skupionego wzroku od zeszytu ani na moment.
Tom przytaknął lekko, poddając się całkowicie planowi Billa, jakikolwiek by on nie był.
Mimo stosunkowo wczesnej popołudniowej godziny, na zewnątrz zapadał już zmrok. Dredziarz naciągnął się więc do lampy stojącej przy łóżku i pociągnął za łańcuszek przy niej wiszący, włączając światło. Gdy w środku pokoju zrobiło się już jaśniej, ponownie podparł się ręką za plecami Czarnowłosego i zaglądając mu przez ramie uważnie śledził wszystko co ten z dokładnością opisywał. Na dole strony powstało już kilka krótkich regułek i opisów, które z pewnością pozostaną mu do opanowania na pamięć, a Bill powoli dochodził do wniosku, że tyle wystarczy na początek. Wypadało coś jeszcze powiedzieć, aby Dredziarz wiedział czego się uczy, jednak on sam zawsze kuł bardziej na pamięć niż na logikę i zwyczajnie nie wiedział od czego zacząć.
Podniósł głowę i wyprostował się, obracając bardziej w jego kierunku. Z notatkami w dłoni, zaczął po kolei omawiać mu to co napisał, w międzyczasie jeszcze wskazując palcem poszczególne rzeczy na kartce. Co chwilę przerywał pytając czy wszystko jest jasne, a uzyskując potwierdzenie, kontynuował. Mimo tego, że z początku wcale nie czuł się na siłach i nie myślał, że potrafiłby kogoś czegoś nauczyć, teraz wciągnął się coraz bardziej, a Tom sprawiał wrażenie, że naprawdę rozumie o czym ten mówi. Zadawał pytania, był zainteresowany i zupełnie nie przypominał osoby jaką był w szkole.



Zegar tykał swoim tempem, jednak czas wydawał się lecieć powoli i minęło ledwie półtorej godziny, jak udało im się przerobić materiał z trzech tematów lekcyjnych, tym samym nadrobić to, co było potrzebne aby Tom mógł zacząć uczyć się na test. Teraz jednak zaczynał sprawiać już wrażenie mało skupionego i coraz ciężej przychodziło mu powtarzanie tego, co Bill tak żwawo tłumaczył. Nie umknęło to uwadze Czarnowłosego, który po chwili włożył notatki do podręcznika i zamknął go, ku lekkiemu zdziwieniu Toma.
- Idź zrobić mi herbatę. – bardziej rozkazał niż poprosił, choć tak naprawdę powinien raczej zapytać.
Dredziarz wstał z łóżka i przeciągnął się mocno, aż kilka kręgów w kręgosłupie przeskoczyło mu z cichym odgłosem.
- W sumie to powinienem zaproponować to od razu gdy przyszedłeś. – zaśmiał się, przecierając twarz dłońmi.
Bill również odpowiedział mu cichym śmiechem.
- Powinieneś. – odparł – Dwie łyżeczki cukru. – dodał, odprowadzając Toma spojrzeniem do drzwi.
- Dwie łyżeczki cukru. – powtórzył wychodząc na korytarz, a po chwili odgłos jego kroków ucichł całkowicie.
Bill jeszcze raz rozejrzał się po pokoju w jakim teraz został sam. Ziewnął przeciągle, zasłaniając dłonią usta. Czuł się nadzwyczaj zmęczony, choć tak naprawdę przez ostatnie dwie godziny tylko gadał, aż zaschło mu w gardle. Również podniósł się z łóżka aby rozprostować nogi i przeciągając się lekko, podszedł do biurka i panującego na nim bałaganu. Przesunął dłonią po stercie nieco zakurzonych podręczników, po których nie widać było śladów większego użytkowania. Obok leżał telefon, poplątane słuchawki, masa papierków, jakieś rozsypane długopisy, nawet brudny talerz. Półki nad biurkiem nie wyglądały lepiej, choć więcej było na nich kurzu niż rzeczy. Na jednej z nich stało zdjęcie grupki przyjaciół, tak ściśniętych przed obiektywem aparatu, że na fotografii ledwie zmieściły się ich roześmiane twarze. Od razu dostrzegł nieco młodszego jeszcze Toma, jednak osób będących z nim na owym zdjęciu nie znał. Uśmiechnął się do siebie na widok nieco głupiej miny Dredziarza. Wygląda na to, że ma więcej przyjaciół prócz tych snobów ze szkoły, z którymi jest wręcz nierozłączny – pomyślał.
Przesunął wzrokiem na bok, napotykając jeszcze więcej zapisanych papierków niż leżało na biurku, parę okularów słonecznych, perfumy. Sięgnął delikatnie po flakonik, zdejmując zatyczkę i podsuwając ją pod nos. Kąciki jego ust ponownie uniosły się ku górze, jednak gdy zorientował się co właśnie robi, zamknął szybko perfumy i odłożył je na miejsce, odsuwając się od biurka. Mógł tylko wyobrażać sobie jak byłoby mu głupio, gdyby Tom wszedł właśnie do środka. Na całe szczęśnie nie wrócił jeszcze i nawet nie było słychać jego kroków z korytarza. Czarnowłosy od razu pomyślał, że wcale nie zdziwiłby się gdyby ten zgubił się w tym wielkim domu, chyba nie było o to aż tak trudno.
Skierował się z powrotem w stronę łóżka, jednak jego wzrok przykuł położony obok owego mebla stojak z płytami, którego nie zauważył wcześniej. O mały włos nie przewrócił się po drodze o leżącą na podłodze torbę, z której wystawał nieco ubrudzony ręcznik. Obok leżała piłka do koszykówki i buty, w których Tom z pewnością ćwiczył na treningach. Przestąpił więc nad torbą i pochylił się przy stojaku z płytami, sunąc wzrokiem po zespołach i tytułach wypisanych na grzbietach idealnie poukładanych płyt. Były chyba jednymi z nielicznych rzeczy w tym pokoju na jakich nie zalegał kurz. Widać było, że Tom namiętnie ich słuchał albo przynajmniej tak bardzo o nie dbał, że wokół nich sprzątał.
Znów uśmiechnął się do siebie. Nie podejrzewał go o aż tak podobny gust muzyczny do swojego. Wyjął jedną z płyt i spojrzał na jej tył, czytając po kolei tytuły dobrze znanych mu piosenek.
- Proszę bardzo. Dwie łyżeczki cukru. – usłyszał za sobą głos Toma, który właśnie stawiał dwa kubki parującej herbaty na szafce przy łóżku, uprzednio strącając z niej stopą jakieś brudne ubrania.
Bill nawet nie usłyszał jak wszedł do środka.
- Powtarzałeś to sobie całą drogę aby nie zapomnieć? – zaśmiał się, podchodząc z płytą w dłoni do odtwarzacza stojącego na podłodze i przykucnął obok niego otwierając opakowanie.
Nie pytał specjalnie czy mu wolno, po prostu włączył odtwarzacz, umieścił płytę w odpowiednim miejscu, a już po chwili w pokoju dało się słyszeć muzykę. Przewinął kilka piosenek do przodu, aż w końcu zatrzymał na wybranej przez siebie i przyciszył nieco aby nie trzeba było do siebie krzyczeć by się porozumieć. Słychać było, że Tom ostatnio dość głośno słuchał muzyki.
- Uwielbiam tę piosenkę. – powiedział, odkładając na bok opakowanie płyty i wstając.
Gdy odwrócił się przodem do Dredziarza dostrzegł, że ten uśmiecha się. Chyba także ją lubił. Musiał, to w końcu była jego płyta. Nic nie mówił, przesunął tylko wzrokiem za Billem gdy ten z powrotem zajmował swoje miejsce na łóżku i podał mu kubek, samemu także biorąc swój i siadając naprzeciw niego.
Żaden z nich nie odzywał się ani słowem, obydwoje po prostu popijając gorącą herbatę wsłuchiwali się w piosenkę, w myślach przeskakując po jej tekście. Bill zawsze uważał, że gdy leci dobra muzyka, nie trzeba rozmawiać i sam bardzo skrupulatnie zawsze stosował się do tego. Spojrzał na swojego towarzysza, który patrzył gdzieś na bok, poruszając lekko w rytm muzyki palcami dłoni, którymi obejmował kubek trzymając go tuż pod nosem. Coraz bardziej wydawał się mu być zupełnie innym człowiekiem niż był w szkole i zaledwie te kilka zdań jakie zamienili ze sobą, oprócz omawiania tematów na test, wystarczyło aby Czarnowłosy to zauważył. W dodatku, jeśli prawdą było, że muzyka łączy ludzi, to oni musieli mieć ze sobą naprawdę wiele wspólnego.
Po kilku minutach, gdy piosenka już dobiegła końca a wskoczyła inna, Czarnowłosy wyciągnął dłoń w jego stronę i chwycił palcami łyżeczkę wystającą z jego kubka, co od razu sprowadziło Toma na ziemię.
- Nie pij z łyżeczką, szkodzi na oczy. – uśmiechnął się, odkładając ją obok swojej na podstawkę.
Tom zaśmiał się cicho.
- Kiedyś sobie wbiłem taką w oko, nic przyjemnego. – dodał, ponownie obejmując swój kubek obiema dłońmi.
Dredziarz powiódł wzrokiem za jedną z nich, którą jeszcze przed sekundą miał tuż przed nosem.
- Malujesz paznokcie. – powiedział, przez chwilę przyglądając się jego długim szczupłym palcom zakończonym wąskimi, pomalowanymi na czarno paznokciami – Są długie. Ładne. – dodał, podnosząc wzrok na jego oczy.
Bill uśmiechnął się, przez moment nic nie odpowiadając. Odwrócił jednak wzrok od jego oczu i spojrzał na swoją dłoń, którą oderwał od kubka. Nie był do końca pewien czy właśnie został obdarzony komplementem ale tak się poczuł i chyba było mu dość nieswojo z tą myślą.
- Dziękuję. – odpowiedział niepewnie, czując się nieco speszony gdy ten tak mu się przyglądał.
Tom lustrował go wzrokiem, jakby powoli poznając każdy najdrobniejszy detal jego twarzy. Nie obdarzał go jednak spojrzeniem seryjnego mordercy, na co mogła wskazywać nieco skrępowana reakcja Billa. Było ono zwyczajnie ciekawe jego osoby.
- I oczy też malujesz. – znów odezwał się cicho, nie spuszczając z niego wzroku.
- No, a ty jesteś mistrzem w zauważaniu rzeczy oczywistych. – odpowiedział mu.
Tom zaśmiał się do niego, odczuwając, że być może jego słowa mogą nieco irytować Billa i tak naprawdę tylko odrobinę się pomylił. To co mówił nie irytowało Czarnowłosego, za to sprawiało, że naprawę się krępował, czego jednak starał się za bardzo nie okazywać. Nawet mimo tego, że był na dobrej drodze do polubienia Dredziarza - już nawet przestał go nie cierpieć - i tak ta sytuacja była dla niego dziwna.
- Wracajmy do biologii, już późno. – Bill ponaglił go lekko, gdy spojrzał na zegarek wskazujący już kilkanaście minut po osiemnastej.
Odstawił pusty już kubek na szafkę nocną i złapał znów za podręcznik.


_________________________________________________________________________
Są osoby informowane o nowych częściach i jeśli ktoś jeszcze chciałby do nich dołączyć,
proszę zostawiać numer GG w komentarzu :)

10 lutego 2013

5. To tak jakbym myślał za dużo i przez to upadał.

Drzwi domu zatrzasnęły się za nim cicho, nie zwracając nawet niczyjej uwagi na jego powrót. Niespiesznie zdjął buty i odwiesił płaszcz, który niezmiennie od kilku dni był moczony jesiennym deszczem. Wewnątrz było cicho i ciemno. Jedynie z uchylonych drzwi kuchni padała na korytarz wąska poświata żarówki. Ktoś jeszcze się tam krzątał. Po drodze na górę zajrzał do środka, gdzie spotkał swoją matkę, która pospiesznie pakowała jeszcze jakieś rzeczy do torby, popijając szybko gorącą kawę.
- Jestem już. – odezwał się, a jego cichy głos od razu sprowadził wzrok rodzicielki na jego osobę.
- Cześć, kochanie. – uśmiechnęła się ciepło – Czemu znów tak późno wracasz? – zapytała, na co Bill odruchowo spojrzał na zegarek wiszący na ścianie. Było już kilka minut po osiemnastej.
- Do piętnastej miałem zajęcia. – odparł.
- Ale dlaczego nie wracasz autobusem? Przecież to daleko, a jeszcze w taką pogodę…
- Przynajmniej poznałem już trochę miasta. – posłał jej uśmiech mający zapewnić ją, że wszystko jest w porządku.
Kobieta tylko pokręciła głową, zakładając na siebie cienki czarny płaszcz i owijając długi szal wokół szyi. Złapała swój telefon i kluczyki od auta.
- Odgrzej sobie obiad. – powiedziała, po czym pocałowała przelotnie jego policzek, mijając go w przejściu – Wzięłam podwójną zmianę więc będę dopiero jutro wieczorem. Na biurku zostawiłam ci pieniądze do szkoły. Trzymaj się, kochanie. – jeszcze raz uśmiechnęła się do niego, po czym wyszła z domu, przekręcając kluczem zamek w drzwiach.
- Cześć… - odpowiedział, jednak już sam do siebie.
Pochylił się chwytając pasek torby, która spadła mu na podłogę i ciągnąc ją za sobą udał się powoli na piętro, obijając torbę wraz z jej zawartością o każdy schodek. Nie czuł się na siłach nawet aby zawiesić ją na ramieniu. Jej stan był adekwatny do tego jak się z nią obchodził, mimo to, lubił ten nieco brudny i poszarpany skrawek materiału, pokryty starymi naszywkami.
Drzwi pokoju jego siostry były otwarte, w środku nikogo nie było. Poszedł więc do siebie, wcale tym nie zdziwiony i choć był jedyną osobą w domu, z przyzwyczajenia przekręcił klucz w drzwiach, zamykając się. Włączył lampę stojącą w rogu, od razu dostrzegając kilka banknotów leżących w niewielkim bałaganie na jego biurku. Spojrzał się na nie, zastanawiając czy w ogóle ma ochotę iść nazajutrz do szkoły i opadł bezwładnie na łóżko, które jak zawsze zabujało jego ciałem na skrzypiących sprężynach, kilka razy w górę i w  dół. Westchnął ciężko.
Rzadko kiedy widywał się z matką w domu, wiec te pół minuty jakie rozmawiał z nią w kuchni to i tak było dużo, jak na ostatnie kilka tygodni. Zawsze dużo pracowała, starając się zapewnić jak najlepszy byt jemu i jego starszej siostrze. Rzeczywiście, niczego im nigdy nie brakowało, może tylko oprócz matki. Kolejna przeprowadzka była także spowodowana jej pracą. Dostała lepiej płatną ofertę, a gdy tylko znalazła dom na przedmieściach, którego cena nie przyprawiała o ból głowy, postanowiła rzucić wszystko i tu przyjechać. Zawsze mówiła, że tamto miasto jest trujące i ma ochotę po prostu stamtąd uciec. Tak też zrobiła, a tylko Czarnowłosemu ta ucieczka nie była tak do końca potrzebna. Tak samo matka, jak i jego siostra bardzo szybko odnalazły się w nowym miejscu, czego on nie był w stanie tak do końca zaakceptować. Lisy nie widywał prawie w ogóle i jak to nie miało dla niego nigdy większego znaczenia, tak to, że dostrzegł iż matkę może widywać jeszcze mniej niż wcześniej, już miało. Nie było jej łatwo na stanowisku pielęgniarki w tak wielkim szpitalu, jednak gdyby można było brać trzy zmiany pod rząd, z pewnością by to robiła. Liczyła na podwyżkę, którą przy jej trybie pracy mogła dostać bardzo szybko. Czasem jednak martwił się o nią. Żadne kosmetyki nie były w stanie ukryć śladów zmęczenia malujących się na jej twarzy. Sam czasem zastanawiał się czy to wszystko naprawdę jest tego warte. Pojawiamy się na tym świecie i do końca swoich dni staramy się robić wszystko aby przeżyć, niezależnie od tego jak nam się wiedzie, a i tak nikt z nas nie wyjdzie z tego życia żywy. Każdy walczy o coś, a tak naprawdę nie zostanie nam nic bo wszyscy umrzemy dokładnie tak jak się urodziliśmy – zupełnie z niczym. Nigdy nie był pesymistą. Był raczej realistą, a jednym z jego największych problemów było to, że zdawał sobie sprawę z ludzkiej śmiertelności i myślał o tym nazbyt często. Czasem gdy czuł się zupełnie wypompowany, nie miał ochoty nawet się postarać, i tak wiedząc, że to wszystko nie ma większego sensu. Być może to tylko jego nadzwyczajna zdolność do przesadzania często brała górę, ale nie myślał o tym w ten sposób. Póki jednak był na tym świecie, chciał choć raz poczuć się naprawdę szczęśliwym i to było chyba jedyne takie pragnienie, które jeszcze nigdy się nie ziściło. Za to z każdym dniem czuł, że jest od tego coraz dalej i nie może zrobić nic aby sięgnąć po to czego chce.
Sięgnął więc po laptopa, którego akurat miał pod ręką i zabrał się za odrabianie jakiegoś nudnego zadania na jutrzejsze zajęcia z biologii.


*


- Cześć. – usłyszał z boku głos Spencer, która przysiadła się do niego z wielkim czerwonym jabłkiem w dłoni, jak zawsze na długiej przerwie – Co słychać? – zapytała z uśmiechem.
- Nic szczególnego. – odpowiedział krótko, po czym znów zerknął do otwartego zeszytu jaki trzymał na kolanach – A u ciebie? – zapytał nie chcąc być niemiłym, choć tak wprawdzie umiarkowanie go to interesowało.
Gdy nie usłyszał odpowiedzi z jej strony, spojrzał się na dziewczynę, dostrzegając, że ta patrzy gdzieś w kierunku grupki chłopaków z ich klasy. Na ramieniu Toma wisiała blond włosa Ryder, która wręcz nie mogąc odkleić się od Dredziarza, z pewnością była powodem tego, że Spencer odwróciła wzrok z powrotem w stronę Billa.
- O Boże, jakoś odszedł mi apetyt. – skrzywiła się nieco, opierając dłoń z nadgryzionym jabłkiem na kolanie.
Bill zaśmiał się cicho.
- Jeszcze pomyślę, że jesteś zazdrosna. – zerknął na nią ukradkiem, dostrzegając jak wyraz jej twarzy diametralnie się zmienia.
- Chyba żartujesz! – oburzyła się – To po prostu niesmacznie jak tak macają się i wymieniają ślinę na korytarzu. Ludzie tu jedzą. – znów wgryzła się w jabłko, kończąc temat swojej domniemanej zazdrości. Bill ponownie skierował swoją uwagę na zeszyt.
- Nie jest brzydki… - odpowiedział jej, czego już sekundę później pożałował.
Jego słowa nie zabrzmiały zbyt dobrze, jednak Spencer na całe szczęście nie odebrała tego tak, jak on by nie chciał.
- No i co z tego, że nie jest? Sam wiesz jaki ma charakterek. – podsunęła się na podłodze i oparła plecy o ścianę, a Billowi wydawało się, że nawet cicho westchnęła – Problem w nim jest taki, że on zdaje sobie sprawę z tego, że ma ładną buzie i to wykorzystuje.
Czarnowłosy przyjrzał się koleżance, która nagle jakby straciła swój dobry nastrój.
- On ci się podoba. – powiedział cicho, jakby nieco niepewnie. Przez krótki moment oczekiwał jej reakcji, jednak ona wcale nie oburzyła się tak jak wcześniej, a tylko wzruszyła obojętnie ramionami, nie patrząc na niego.
- Podobał. – przyznała w końcu – Kiedyś, jeszcze na początku pierwszej klasy, gdy nikt z nas się nie znał, każdy był tu nowy, a on wcale nie zachowywał się tak jak teraz. Kiedyś przyjaźnił się ze wszystkimi, nie zadzierał nosa. Aż trudno w to uwierzyć, nie? – uśmiechnęła się blado, zerkając w stronę Czarnowłosego – Ale spodobał się Ryder, która od początku grała wszędzie królową i jak wielu innych, także on się jej nie oparł. Później dostał się do drużyny, poznał podobnych Ryder pustaków i teraz nie powie już nawet głupiego ‘cześć’… - opuściła wzrok na jabłko, które teraz obracała w dłoni.
Bill przeniósł na moment wzrok na Dredziarza, który obejmując swoją dziewczynę, o czymś z nią rozmawiał. Prawdę mówiąc, nie podejrzewał go nigdy o to, że kiedykolwiek był normalnym człowiekiem. Z drugiej strony jednak, widząc ponurą minę Spencer siedzącej obok niego, nie mógł nie pomyśleć, że coś musiało w tym być. Taka dziewczyna jak ona nie przejmowałaby się byle kim, a być może on kiedyś wcale był byle kim nie był, skoro zwykła rozmowa na jego temat zabierała uśmiech z jej twarzy. W tym samym momencie on sam poczuł, że naprawdę polubił tę burzę rudych loków, bo brak tego uśmiechu przeszkadzał mu.
- Zastanów się, czy on w ogóle jest tego wart. – powiedział nie precyzując swoich słów, jednak spojrzenie dziewczyny dało mu znak, że odebrała je w dobry sposób.
- To nie jest tak, Bill. – westchnęła – Nic do niego nie czuję i też nic mnie z nim nigdy nie łączyło. Po prostu kiedyś był świetnym kumplem, a teraz ciężko go w ogóle poznać. – lekko uniosła kąciki ust, jakby chcąc zapewnić Czarnowłosego, że wszystko jest dobrze.
Bill posłał jej taki sam delikatny uśmiech, po czym na dźwięk dzwonka zatrzasnął swój zeszyt.
- Nie zrobiłem przez ciebie zadania. – zaśmiał się, podnosząc z podłogi i u boku dziewczyny ruszając do klasy.


*


Przedostatnia lekcja o mały włos go nie uśpiła, jednak zdecydowanie wolał to, niż gdyby miał dostać szybkiego przypływu adrenaliny, podczas stania przed całą klasą i omawiania zadania, którego nawet nie miał. Patrzył tylko jak któryś już z kolei nieszczęśnik starał się wydukać cokolwiek, aby nie dostać oceny niedostatecznej. Jak w każdej klasie, ktoś wyrywał się do odpowiedzi bo wiedział wszystko i znał odpowiedź na każde pytanie, a ktoś chował się jak mógł, a i tak obrywał po skórze. Uwielbiał obserwować takie drobne sytuacje, które zawsze odzwierciedlał w życiu. Tam też ktoś czasem, nawet nie wiedząc co robi, rwie się do przodu i osiąga sukcesy, gdy ktoś inny stara się jak może aby po prostu przeżyć, a i tak wychodząc z domu zostaje przejechany przez ciężarówkę.
Przechodząc od wizji człowieka rozjechanego na asfalcie, zgrabnie nasunęło mu się na myśl spaghetti jakie zamierzał zrobić sobie tego dnia na obiad. Po siedmiu godzinach w szkole, już nie mógł skupić się na lekcji i tym co mówił nauczyciel. Czuł się zmęczony. Miał wrażenie, że ostatnio wszystko męczy go za bardzo i stanowczo za szybko. Nie był w formie, nawet jak na zwykłe siedzenie w ławce. Myślał tylko o zbliżającym się końcu lekcji, gdy nagle usłyszał swoje nazwisko. Od razu wyprostował się, spoglądając w stronę biurka.
- Bill, przeglądałem test, który wczoraj pisałeś i muszę powiedzieć ci, że jestem pod wielkim wrażeniem. – powiedział nauczyciel z owym testem w dłoni, uśmiechając się do niego – Zdobyłeś dziewięćdziesiąt sześć procent, co daje wynik wyższy o całe siedem procent od poprzedniego najwyższego jaki zdobyła Miranda. Bardzo mi miło, że będę miał tak zdolnego ucznia. – spojrzał na Czarnowłosego, a ten nieco się speszył, bo nie tylko oczy nauczyciela były teraz skierowane w jego stronę – A tobie pojawiła się spora konkurencja. – zwrócił się do brunetki zajmującej pierwszą ławkę, na co ona zaśmiała się cicho, zerkając krótko na Billa.
On sam nadal nieco speszony z powrotem osunął się na oparciu krzesła. Dla odmiany usłyszał jakąś dobrą wiadomość, w dodatku został pochwalony za swoje nieuctwo, które jak dotąd dość dobrze mu wychodziło. Nawet nie zajrzał do zeszytu przed tym testem.
- Niektórym osobom, one z pewnością wiedzą o kim mówię, radzę biegać za osobami takimi jak Miranda i Bill, i błagać o jakieś korepetycje, jeśli mają aspiracje na zaliczenie półrocza, a przede wszystkim, zdanie do następnej klasy. – głos nauczyciela znów zwrócił wzrok klasy na Czarnowłosego i dziewczynę w pierwszej ławce.
Pan Statt zmierzył wymownym spojrzeniem kilka osób, o których mówił, a gdy tylko zabrzmiał dzwonek, wstał i zabierając swoją teczkę wyszedł z klasy.
Bill popatrzył na Spencer, która zdawała się zupełnie nie słyszeć tego, co przed chwilą powiedział ich wychowawca i zwyczajnie pakowała swoje książki do torby.
- Słyszałaś to? – zapytał nadal nieco zdziwiony, idąc w ślad za nią i zbierając swoje rzeczy.
Dziewczyna zaśmiała się.
- Raczej bym się tym nie przejmowała. Uwierz mi, oni mają znacznie lepsze rzeczy do roboty niż nauka. – spojrzała na niego równie wymownie, co nauczyciel na chłopaków i chwytając swoją torbę, rzuciła jeszcze – Muszę lecieć, mam dodatkowe zajęcia. – uśmiechnęła się i poklepała dłonią jego ramię, po czym odwróciła się i szybkim krokiem opuściła klasę, przeciskając się między kilkoma osobami przy drzwiach.
- Jak zawsze masz… - mruknął już sam do siebie, gdy dziewczyna zniknęła m z zasięgu wzroku.
Spencer jak zawsze większość wolnego czasu spędzała w szkole, a on tylko zabrał swoje rzeczy i wyszedł jako ostatni z klasy, myśląc już jedynie o powrocie do domu. Po drodze tylko na moment zatrzymał się przy ławce na korytarzu aby włożyć na siebie płaszcz, po czym skierował swoje kroki w stronę schodów.
Zastanawiał się czy kiedykolwiek usłyszał coś tak głupiego jak przed momentem od nauczyciela, niezmiernie zachwyconego jego domniemaną inteligencją. Sam z ledwością był w stanie uczyć się na w miarę przyzwoite oceny, a to, że z czegoś tak dobrze mu poszło było tylko szczęśliwym trafem. Spencer to wyśmiała, a jemu było głupio. Zresztą, nawet jeśli któryś z chłopaków zechciałby pouczyć się z kimś, on z pewnością byłby ostatnią osobą na to miejsce, za to zaczynał współczuć biednej Mirandzie. Za samo spędzenie choć godziny w towarzystwie tak ładnej dziewczyny, niejeden z nich z pewnością zgodziłby się nawet na naukę. Tym bardziej czuł się zupełnie bezpiecznie w obliczu idiotycznej propozycji nauczyciela.
Wsunął dłonie pod włosy, wyjmując ich kosmyki spod płaszcza i poprawił torbę, schodząc powoli schodami w dół do głównego wejścia. Po dzwonku na lekcje szkoła momentalnie opustoszała, a jego ciche kroki niosły się echem po korytarzu. Wydawało się, że wokół nie było zupełnie nikogo, mimo to nagle usłyszał za sobą kogoś szybko zbiegającego w dół.
- Hej, Trümper! – na dźwięk swojego nazwiska zatrzymał się, obracając do osoby za nim.